Cybersferyczna kontynuacja papierowego hitu! Recenzujemy nie tylko komiksy w twardej oprawie! Redaktor prowadzący: Dominik Szcześniak. Kontakt: ziniolzine@gmail.com

czwartek, 19 kwietnia 2018

Kid Lobotomy (#1) - Milligan, Fowler

Black Crown to nowe Vertigo, a Kid Lobotomy - najlepszy komiks Petera Milligana od lat. Oficyną działającą w ramach IDW Publishing dowodzi Shelly Bond, czyli redaktorka jednych z najlepszych vertigowskich serii, a w tym kilku pisanych przez Milligana (Shade!). 
Shelly Bond dołączyła do Vertigo w grudniu 1992 roku i była ostatnim oryginalnym członkiem tej wydawniczej supergrupy. Na łamach pierwszego zeszytu serii Kid Lobotomy, opublikowanego w październiku 2017 roku, wyjawiła o co chodzi w Black Crown. - To komiksowy kolektyw, kojarzący ze sobą hardkorowych weteranów i wybranych nowicjuszy w celu stworzenia oryginalnych historii. To również nazwa pubu osadzonego na ulicy, w którym bohaterowie mogą się spotykać i deprawować - pisała.
No cóż. Ponoć w każdy piątek o 16:00 na blackcrown.pub można strzelić sobie browca. Po lekturze pierwszego zeszytu Kid Lobotomy marzę, by wypić co najmniej cztery, nie tylko w cybersferycznym sensie. Bo koncepcja pani redaktor - przynajmniej w przypadku duetu Milligan/Fowler i przynajmniej po pierwszych kilkudziesięciu stronach - się sprawdza. Starszy pan pisze, młoda dziewczyna rysuje. I jest oryginalnie.
Tak, jest oryginalnie. Lektura tego komiksu jest transferem do najlepszych lat w karierze pisarskiej Milligana. To połączenie Enigmy z London, przesycone Kafką i karaluchami. Ze znakomicie nakreślonymi postaciami i wątkami. Ten zeszyt przeczytałem już kilkukrotnie, badając zawartość Milligana w Milliganie (Michał napisał mi, że jest to "200% Milligana w Milliganie" i przychylam!). Ciągle go czytam, nie mogąc przejść do kolejnych zeszytów. Ale wkrótce przejdę. I sprawdzę czy forma się utrzyma(ła).
Jest sobie hotel, tuż obok pubu Black Crown. W mediach społecznościowych próżno szukać pochlebnych opinii na jego temat. Hotelowa obsługa to nieźle porąbana menażeria, a jej szef to zwolennik nowej lobotomii. Może wyleczyć was na przykład z lirycznej obsesji. Może też zapomnieć jak macie na imię. Albo wciągnąć was na statek głupców.
Piękne otwarcie serii. Peter Milligan rządzi. Polski wydawco, zainteresuj się.
"Kid Lobotomy #1". Scenariusz: Peter Milligan. Rysunki: Tess Fowler. Kolor: Lee Loughridge. Wydawca: IDW Publishing. Black Crown, październik 2017

piątek, 13 kwietnia 2018

Amelka vs Mozaika: kolejne starcie

Amelka* wciąż walczy z mozaiką i zaprasza wszystkich do wsparcia jej w tej nierównej bitwie. Na portalu pomagam.im ruszyła akcja zbiórki pieniędzy dla dziewczynki z bardzo rzadką wadą genetyczną. A wokół akcji tata Amelki, Andrzej Włudecki, zorganizował mnóstwo bardzo pozytywnych komiksowych wydarzeń.

Druga część komiksu Amelka vs. Mozaika zawiera również dodatkowe krótkie formy komiksowe. 15 znakomitych rysowników pokazuje nie tylko olbrzymi talent, ale również wielkie serce.

Środki ze zbiórki trafią na konto Amelki w Fundacji Dzieciom "Zdążyć z Pomocą".  Najbliższy, majowy turnus będzie kosztował rodziców Amelki około 8500 zł - im bardziej zbliżą się do tej kwoty, tym więcej zajęć będą mogli Amelce zapewnić.

Komiks będzie kolorowy i zostanie wydany w formacie A4. Jego objętość to ok. 22 stron. Trzeci odcinek to nie cała jego zawartość - w albumie znajdą się również: Amelka: Rady i Porady, Kacper na Zamku, Konrad Rysuje dla dzieci i nie tylko, Amelka i kwalifikacje olimpijskie, Jak narysować Panią Detektyw Sowę - poradnik.


Komiksiarze, do dzieła! Wspieramy!

Link do zbiórki

*Amelka jest trzyletnią dziewczynką z bardzo rzadką wadą genetyczną - Trisomią Chromosomu 20 w postaci mozaiki, która wiąże się z wieloma schorzeniami. Poza rehabilitacją ruchową, integracją sensoryczną, dogoterapia, hipoterapią, zajęciami z psychologiem i logopedą, Amelia  nosi na noc gorset stabilizujący kręgosłup, w ciągu dnia ma zasłaniane oczko. Bardzo duże znaczenie dla jej terapii mają turnusy rehabilitacyjne organizowane przez Fundację ”Król i Smok”.

czwartek, 12 kwietnia 2018

Tank Girl/ Paper Girls

Dziewczyna Czołg i Dziewczyny Gazety. W Non Stop Comics bardzo lubią dziewczyny. Słusznie, bo zarówno wiekowe dzieło Alana Martina i Jamiego Hewletta, jak i świeżutka seria Briana K. Vaughana i Cliffa Chianga to rzeczy godne zaprezentowania polskiemu czytelnikowi. 

To, że drugi zbiorczy tom Tank Girl w ogóle się ukazał to fakt godny odnotowania. Sądziłem, że we współczesnej i kolorowej ofercie wydawnictwa będzie to seria, która stanie się gwoździem do jego trumny. Bo jest kompletnie niewspółczesna i totalnie niemodna. No, chyba, że modyfikowany punk był, jest i będzie modny zawsze.
 

W drugim tomie anarchizująca czołgistka wciąż ugania się za kangurami, robi głupoty, przeżywa kwaśne przygody i ma jeszcze mniej hamulców niż w tomie pierwszym. Otwierając ten album dostaje się siarczystego kopniaka, który transferuje do lat 80. i 90. ubiegłego wieku. To maksymalnie energetyzująca piguła, która tak samo was rozbawi, jak i zażenuje. Prawdziwy skarb z przeszłości. Dodatkowym atutem jest bardzo duża ilość stron rysunków Jamiego Hewletta z kolorze. Przypomnę, że jest to twórca oprawy graficznej teledysków zespołu Gorillaz oraz częsty współpracownik Petera Milligana (Shade, Hewligan's Haircut oraz... Tank Girl: Odyssey). Rysownik genialny, posiadający undergroundowy pazur i potrafiący wkomponować go w mainstreamowy kadr.
 

Tank Girl to absolutna rewelacja. Czy dla wszystkich? Niekoniecznie. Stare zgredy, które 20-30 lat temu nałogowo przyswajały xeroprasę będą zachwycone. Zaś współcześni czytelnicy mogą być lekko skonfudowani. To komiks z gatunku tych, których nie czyta się szybko i bezrefleksyjnie. Żeby wychwycić esencję, niuanse i nawiązania trzeba zaparkować na poszczególnej planszy kilka minut. Ale warto! Oj, jak warto!

Pierwsza część Paper Girls sentymentalnie odwoływała się do lat 80. W drugiej tych odwołań jest już nieco mniej, ale za to scenariusz został podkręcony alternatywnymi rzeczywistościami, z których wynikają niespodziewane spotykania – na przykład ja z lat 80. spotykam siebie z roku 2016. Perypetie kilku dziewcząt, które jeszcze kilka dni wcześniej rozwoziły gazety po sennym amerykańskim miasteczku, a teraz muszą stawić czoła epickim zagrożeniom i użerać się z  piętnem wybrańców, zmierzają w interesującą stronę. 

Rysunki Cliffa Chianga wciąż są świetne, a scenariusz Briana Vaughana… no właśnie. Zbacza nieco na standardowe dla autora tory, znane z Sagi czy Ygreka, ale mam nadzieję, że kiełkujące wrażenie odgrzewanego kotleta zniknie wraz z trzecim tomem serii. 
"Tank Girl 2". Autorzy: Alan Martin i Jamie Hewlett. Tłumaczenie: Marceli Szpak. Wydawca: Non Stop Comics. 
"Paper Girls 2". Autorzy: Brian K. Vaughan i Cliff Chiang. Tłumaczenie: Bartosz Sztybor. Wydawca: Non Stop Comics.

środa, 11 kwietnia 2018

Ztwory: marzenie zgreda

Ztwory Zimzonowicza to pierwszy zbiorczy album prezentujący twórczość Łukasza Samsonowicza. Album niezależny, robiony metodą DIY, przepełniony horrorem, science fiction, czarnym humorem i punk rockiem. Autor postanowił zebrać środki na wydanie albumu metodą crowdfundingową. Aby wydać kolorowy, 96-stronicowy album w twardej oprawie i formacie B5 potrzebuje... 36 tysięcy złotych.
Ziniol: Ztwory wyglądają świetnie, ale do końca zbiórki pozostało 18 dni, a uzbierałeś 5% planowanej kwoty. Nie sądzisz, że kwota 36 000, która przebija wszystko, co do tej pory wydarzyło się w polskim komiksowym crowdfundingu, jest zbyt wysoka? 
Zimzonowicz: Stawka nie jest zbyt wysoka. Uważam wręcz, że zbiórki na polski komiks są zaniżone, niedoszacowane. Nie uwzględnia się w nich często pewnych kosztów, które nieraz pokrywa wydawnictwo. Pod uwagę trzeba wziąć nie tylko koszt druku samego albumu komiksowego w kolorze (kolor, twarda, oprawa, papier kredowy, 350 sztuk = około 7000 zł), ale i nagród (około 3000 zł), wysyłkę, podatki, prowizję serwisu, promocję i - co najważniejsze - pracę, jaką wykonuje twórca komiksu. Można to sprawdzić uruchamiając na stronie portalu crowdfundingowego wspieram.to wersję roboczą zbiórki. Pojawi się prosty kalkulator zbiórki. Wpisujesz budżet i od razu widzisz wysokość dodatkowych opłat. Tylko komu by się chciało sprawdzać. Łatwiej jest powiedzieć, że się nie da, bo za dużo, olać, zamiast dać szansę. Dobry komiks nie bierze się ot tak, z jakiegoś magicznego pustego garnka. Autor musi go wymyślić i narysować. Na to potrzeba czasu i funduszy. Jeśli ktoś myśli na poważnie o robieniu coraz lepszych komiksów, musi wziąć to pod uwagę. Średnia europejska stawka za stronę komiksu to około 1000 zł. Zaplanowany w mojej zbiórce minimalny budżet - 36000 zł - po odjęciu innych wspomnianych wyżej kosztów daje mi kwotę około 300 zł za stronę komiksu (makieta robocza publikacji urosła mi do 100 stron - do zrobienia/korekt będę miał już około 40-50 stron). Jedną stronę komiksu powiedzmy, że robię 3 dni (scenariusz, storyboard, szkic, tusz, kolor, teksty, skład). Nie są to więc żadne kokosy, a niezbędne minimum, dzięki któremu mogę podjąć pracę nad albumem zamiast szukać innej roboty. Chcę robić to, co lubię i potrafię. Życie jest za krótkie, aby marnować je w jakiejś gównianej pracy nie dającej satysfakcji. Jutro może mnie potrącić auto na przejściu dla pieszych kiedy będę przechodził na zielonym świetle, mogę się też dowiedzieć, że mam raka mózgu czy kłykci. Mam 35 lat i zamiast Porsche na 40 urodziny wolę wydać album z moimi pracami. Marzenie zgreda :)

Zakładając, że pracuję gdzieś na etacie i po pracy, robię jeszcze nocą komiksy (hmm... jest jeszcze rodzina), to mógłbym wydać czarno-białego, komiksowego, 56-stronicowego zina w nakładzie około 100 sztuk i nie prowadziłbym czasochłonnej kampanii crowdfundingowej. Dla zebrania około 1500 zł nie miałoby to sensu. Szybciej i prościej można by to wydać z własnych funduszy, bądź wziąć kredyt. Jednak zależy mi na czymś więcej. Chciałbym stworzyć autorską, niezależną serię wydawniczą Ztwory, współpracować ze zdolnymi scenarzystami, ciągle się rozwijać, robiąc to, co lubię. Robiąc coś innego, nie będę w stanie robić tego, co uwielbiam na tzw. „pełnej kurwie”.

Inspirujące polskie kampanie: komiks Nasz przyjaciel szatan - wynik około 48000 zł (kickstarter.com), album komiksowy Krzesło w piekle - wynik około 34000 zł (wspieram.to), gra planszowa Penny Dreadfun - wynik ponad 60000 zł (wspieram.to). Widzę tu, patrząc z szerszej perspektywy, ilustrację i fabułę. Jest to jak najbardziej zbieżne z komiksem. Autorzy chcący zmian na naszym rynku komiksowym, chcący robić komiksy i zarabiać na tym muszą próbować swoich sił. Nikt za nich tego nie zrobi. Nie mogą zważać na głosy, że skoro jesteś „nikim” to nie wolno, nie zasługujesz itp. To bzdury. Jeżeli kwota 36000 zł przebija wszystko, co do tej pory wydarzyło się w polskim komiksowym crowdfundingu, to najlepszy znak, że trzeba próbować iść do przodu, nie zamykać się tylko w pojęciu polskiego komiksowego crowdfundingu. Uda się, albo nie. Nie ma co płakać, tylko trzeba robić swoje.

Edyta Bystroń na swój komiks Na koniec wszystko spłonie uzbierała 2915 zł, a planowała 2000 zł. Wydaje mi się, że jest zadowolona z efektu i pozostała artystką niezależną. Łukasz Kowalczuk nakład zbiorczego Nienawidzę ludzi dostosował do ilości zamówień. To nie są inspirujące kampanie?

Można też i tak. To też jest dobre podejście. Każdy twórca kalkuluje kampanie na miarę swoich indywidualnych potrzeb. Na tym polega niezależność. Jeśli ktoś potrzebuje forsy tylko na druk czarno-białego, już opracowanego graficznie komiksu, to niski budżet może okazać się wystarczający. Jeżeli zaś ktoś chce dopiero stworzyć kolorowy komiks, posługując się jakąś czasochłoną techniką rysunku w stylu powiedzmy realistycznym, a następnie wydać to w formie albumu, to raczej potrzebować będzie większego wsparcia finansowego. Wydaje mi się to oczywiste.

Crowdfunding to narzędzie które może pomóc rozwijać niezależny komiks. Zakładam wyjście z projektem również poza środowisko komiksowe, co może zwiększyć liczbę odbiorców a tym samym zwiększyć nakłady. Po co się ograniczać? W szerokiej perspektywie interesują mnie osoby zainteresowane komiksem, ilustracją, satyrą, horrorem, science fiction, punk rockiem, środowiska antyfaszystowskie czy wolnościowe.

Jeśli moja kampania się nie powiedzie, to okej. Dalej będę robił swoje, tylko na mniejszą skalę i rzadziej, a krótsze komiksowe prace będą rozproszone w różnych publikacjach. Zawsze jest jakieś inne, gorsze, bądź lepsze wyjście. Może album kiedyś się ukaże w mniejszym nakładzie 100 sztuk i adekwatnej do niego cenie. Jeśli będzie większe zainteresowanie, to zrobię dodruk i tyle. Ale wówczas nie widziałbym sensu robienia kampanii crowdfundingowej. Może też wyjadę gdzieś w poszukiwaniu pracy za granicę wraz z innymi polskimi autorami komiksów? Czas pokaże.

Piszesz: „Całość robię sam na zasadzie DIY, decyduję się na self-publishing aby w efekcie końcowym powstał całkowicie niezależny [Z] twór wydawniczy." Czym zatem dla ciebie jest „komiks niezależny"?

Komiks niezależny jest dla mnie sposobem na swobodne wyrażanie swoich myśli w formie, jaką uznam za adekwatną. Jestem jednocześnie scenarzystą, rysownikiem, wydawcą, więc realizuję to, co chcę i lubię. Moje prace mogą się odbiorcom spodobać lub nie. Każdy ma inny gust więc, zawsze istnieje prawdopodobieństwo, że trafisz na ludzi, którym spodoba się to co robisz. Nie muszę mieć oczywiście we wszystkim racji. Nie muszę też niczego robić na siłę, bo ktoś czegoś ode mnie żąda. Uczę się na własnych błędach. Nie chcę czekać aż ktoś zaproponuje mi wydanie mojego komiksu. W mało znanych autorów wydawcy mogą nie chcieć inwestować większych pieniędzy. To zrozumiałe. Dlatego ostatecznie zawsze można liczyć na siebie - DIY. Co nie znaczy, że sponsorzy, czy odbiorcy nie mogą pomóc finansowo. Odpowiednie finanse nie przeszkadzają, a wręcz mogą pomóc w rozwoju autorskich projektów. Mogą działać pozytywnie na korzyść twórców i odbiorców otrzymujących lepsze komiksy.

Komiks niezależny to również szansa na to, aby opłacało się autorom robić komiksy w Polsce. Wydawca może zaproponować około 10 % od sprzedaży twojego komiksu, czasami przeznaczy jakieś niewielki budżet na pracę nad komiksem. W zamian jednak mogą pojawiać się uciążliwe naciski wydawnictwa na np. charakter twarzy komiksowego bohatera, styl rysowania, kompozycja plansz, itd. Zabiera to radość z procesu twórczego i poszukiwania własnej ścieżki artystycznej. Zakładając, że jakiś projekt wydany przez samego autora staje się doceniony i kupowany przez czytelników, to cały trud tworzenia danego projektu rekompensuje twórcy zdecydowanie większy procent zysków ze sprzedaży. Coś za coś. Kto nie ryzykuje, ten nie pije szampana. Komiks niezależny daje dużo swobody artystycznej. To przestrzeń na szalone eksperymenty, z których czerpać można olbrzymią satysfakcję. Nie musi się opłacać, ale można próbować.

Jakie ziny komiksowe czytywałeś najchętniej i jak zakiełkowała w Tobie miłość do niezależnego komiksu?

Czytałem w szkole podstawowej ziny AQQ, komiksy z Mać Pariadki, czy fanzina Pasażer. Komiksy niezależne kupowało się często na punkowych/hardcore’owych koncertach, polskich muzycznych festiwalach, takich jak Woodstock. Były to różne produkcje Prosiaka (Ratboy, Ósma czara, Blixa i Żorżeta, Prosiacek), Pały (Zakazany owoc), Termosa (Wychylylybymy), Dąbrowskiego (Likwidator), Ziggy’ego Stardusta (Moja szajba), Badyla (w Mać Pariadce), jeśli dobrze pamiętam. Nie wiem czy to była miłość? Wówczas raczej był to głód czytania undergroundowych komiksów. Tak czy siak, w głowie smak tych owoców zostaje.

Inspirowany fanzinami w 1999 wydałem własnego komiksowego zina pod nazwą La Mela. Nazwa była zerżnięta z jakiejś przydrożnej gównianej reklamy widzianej gdzieś na Mazurach w czasie wakacji. Nie wiedziałem co to właściwie znaczy, ale brzmiało elegancko. Forma wydania to klasyczne czarno-białe ksero, format A5, 16 stron i okładka, nakład aż 20 sztuk. W tym samym roku na Woodstocku w Żarach sprzedawałem to za 2 zł, bądź browar. Wszystkie egzemplarze mi się rozeszły. Wydałem to, bo chciałem i mogłem. Makietę stanowiły posklejane klejem kartki z moimi krótkimi komiksami, rysunkami i kolażami z gazetowych wycinek. Nic nadzwyczajnego. Obecnie można go poczytać w formie elektronicznej na www.zinelibrary.pl.

Jak postrzegasz podejście twórców do tworzenia zinów/ komiksów niezależnych/robionych metodą DIY w latach 90. minionego wieku i dziś? Czy są jakieś zauważalne zmiany?
 
Zmiana technologiczna jest podstawowa. Kiedyś królowało łatwo dostępne i tanie ksero, dziś profesjonalny, relatywnie niedrogi czarno-biały druk z drukarni. Ogólnie, z tego co widzę, rozwój zmierza naturalnie w stronę podnoszenia jakości wydawania komiksów. Wiąże się to także z upowszechnieniem komputerów, Internetu (mediów społecznościowych, blogów) i programów do edycji i składu (takich jak Photoshop i Indesign), zamiast nożyczek i kleju. Przy czym sama estetyka punkowych kolaży i fotomontaży budująca wizerunek zinów z lat 90. nadal na mnie silnie działa wizualnie. Teraz można to uzyskać korzystając z nowych narzędzi. Również crowdfunding może zapewnić pozyskanie większych środków na publikacje w lepszej jakości. Nie należy bać się nowych możliwości i eksperymentów. Jest większy wybór.
Jeśli ktoś obecnie chce opublikować tanio fanzina to najlepiej zrobić to w formie elektronicznej publikując za free plik PDF na autorskiej stronie. Można też prowadzić komiksowego bloga i wrzucać na niego raz na jakiś czas nowe komiksy. Można kombinować z platformą Comixology. W takim przypadku znika problem drogiego druku w kolorze, ilości stron, nakładu. Pozostaje problem czasu i finansów na tworzenie i autopromocji w sieci.
Oczywiście mimo to zawsze można wydać coś obecnie na ksero. Mieszkając przez jakiś czas w Poznaniu (rok 2011-2013) wydawałem w kooperacji ze sklepem oferującym autorski design użytkowy i odzież używaną moje paski komiksowe Obdżerator. Pasek komiksowy był kserowany dwustronnie na kartce. Po złożeniu zgodnie z 3 liniami bigowania komiks zyskiwał 6 kwadratowych stron (format około 10 x 10 cm). Na każdą stronę przypadał 1 kadr: okładka, 4 kadry komiksowego paska, reklama. Po rozłożeniu ta mini publikacja miała prostokątny format idealny dla paska komiksowego. Na kartce A4 mieściły się dwa egzemplarze komiksu. Było to tanie w produkcji, darmowe dla czytelnika z ulicy, idealne rozwiązanie dla tej serii. W takiej formie ukazało się kilka pierwszych numerów Obdżeratora.

Underground i niezależ przegrywa dziś z Batmanem i Spider-manem. Czym chcesz przyciągnąć publikę do swojego projektu? Czego możemy spodziewać się po Ztworach?

W Ztworach oprócz ilustracji będą głównie krótkie formy komiksowe takie jak satyryczne paski komiksowe Obdżerator (inspirowane często aktualnymi wydarzeniami) oraz różne komiksy o objętości od 1 do 10 stron. Do tego także mini seria awanturniczo-komediowa FRANKENMAUSEN, będąca rozwinięciem mojego starego komiksu z 2003, którego miałem już nigdy nie kontynuować. Byłoby to 30 kolorowych stron historii o Frankym - myszy zmutowanej w wyniku nieudanego eksperymentu, która trafia w okolice małego miasta Sommerfeld (moje miasto rodzinne Lubsko, obecnie woj. lubuskie, kiedyś Łużyce, ogólnie pogranicze polsko-niemieckie). Tam, pośród zdewastowanych, zarośniętych chaszczami, postindustrialnych scenerii, próbuje dostosować się do zastanych warunków i żyć. Wrogami są przeważnie zwykli okoliczni mieszkańcy, którzy chcą go zwykle oszukać, wykorzystać, bądź zniszczyć. FRANKENMAUSEN nie ma spektakularnych super mocy typu laser z dupy. Jest neurotyczny, ma ponadprzeciętną siłę, cztery ręce, trenuje trochę żydowską Krav Mage do samoobrony i walki, jest uzależniony od sera, przez co nieraz może wpakować się w kłopoty. Jest niemile widzianym przybyszem, odmieńcem, podejrzanym gatunkowo nie-Polakiem. Gatunkowo komiks ten to trochę sciene-fiction, noir, jak i czarna komedia. Każdy odcinek stanowiłby zamkniętą fabularnie całość, aby nie zatruwać czytelników tasiemcem. Postać głównego bohatera prezentowana jest na okładce albumu Ztwory 01 i inspirowana jest wizualnie trochę Punisherem, trochę historią o potworze dr Frankensteina. Myślę, że to może przyciągnąć zarówno publikę lubiącą amerykański komiks superbohaterski (walki) jak i wielbicieli klimatów postapokaliptycznych, czy widzów seriali komediowych takich jak np. Dwóch i pół. Zobaczymy co z tego wyjdzie.


Zbiór krótkich form - ok, ale czy nie zastanawiasz się nad pełnometrażowym albumem?


Aktualnie pracuję nad pełnometrażowym albumem SOLDIER SUB ZERO wraz ze scenarzystką Zuzanną D. Wittner. Prace idą powoli ze względów finansowych, szukamy wydawcy i wsparcia finansowego głównie za granicą. Zrobiłem też za darmo pierwsze trzy promocyjne strony do książkowego horroru Krzysztofa T. Dąbrowskiego pt. Ucieczka. Do tego projektu również szukamy zagranicznego wydawcy, aby móc kontynuować. Czekamy... W przyszłości mam też w planie opracować swoją powieść graficzną ALTER COSMOS. Projekt obecnie jest w produkcji jako gra komputerowa. To anarcho-punkowe science fiction, czyli alternatywne Gwiezdne Wojny. Dlatego teraz, w międzyczasie mogę zrealizować swoje krótsze, autorskie komiksy i wydać jako zbiór podsumowujący moją dotychczasową aktywność. Brakuje mi takiej publikacji.

Kibicowałeś komuś podczas tegorocznych Złotych Kurczaków? Śledzisz współczesny rynek niezależny? 
Kibicuję Złotym Kurczakom jako fajnej i potrzebnej inicjatywie. Wszystkiego nie ogarniam z braku czasu, ale podoba mi się i inspiruje mnie pozytywnie do działania komiksowe szaleństwo czynione przez Łukasza Kowalczuka. Zawsze też kibicowałem Krzysztofowi Owedykowi (Prosiakowi). Wszechświat komiksowy potrzebuje śmiałych ludzi, aby nie utknąć w przyciasnym "komiksowie".

Portfolio:
www.zimzonowicz.pl
www.behance.net/zimzonowicz
Zbiórka:
www.wspieram.to/ztwory01

poniedziałek, 9 kwietnia 2018

Pantera - Evens

Uwaga! Do lektury Pantery Brechta Evensa najlepiej jest przystąpić nie znając tematyki, jaką ten komiks porusza. W związku z tym, nie radzę czytać poniższego tekstu przed lekturą samego komiksu i polecam zadowolić się skróconą jego recenzją, która brzmi: "tak, warto, genialne, brać". Lektura reszty tekstu - na własną odpowiedzialność.

Barwna okładka. Sympatyczne doznania podczas przeglądania. Dzieciaki i kociaki. Czyżby kolejna opowiastka z morałem dla najmłodszych? Nie. Brecht Evens podpuścił mnie, nieprzygotowanego, za co zapłaciłem mocnymi emocjami. Nie tylko mnie zresztą.
 

Oto dostajesz do dłoni pięknie zaprojektowany przedmiot, z żółtą tasiemką, malowniczymi rysunkami, bez żadnych tandetnych tekstów polecających na tylnej okładce Wstęp opowieści jest standardowy: Krystynka traci pannę kocinkę, która była chora i musiała zostać uśpiona. Kilka chwil po bolesnej dla Krystynki stracie w jej życiu pojawia się Pantera. Twierdzi, że jest z Panterlandii. Jest strasznie miła, mówi to, co dziecko chce usłyszeć, zmienia formę na taką, jaką dziecko chce widzieć. Dostarcza dziewczynce dużo radości. Lecz w pewnym momencie zaczyna zdradzać prawdziwe intencje. I bajeczna historyjka zamienia się w horror.
 

Ale nie taki, który przeraża wyskakującym po przewróceniu kartki upiorem.
 

To horror codzienności, prześwietlonego domu, strasznych rzeczy na pograniczu dziecięcej fantazji i dorosłej jawy.
 

Evens sprawia, że czytelnik w pewnym momencie czuje się niekomfortowo, zagryza zęby, zaciska pięści i wybucha - nawet nie pod koniec lektury książki, ale już w pierwszej scenie, która uświadamia, że dzieje się coś złego. Jest to zło pod dachem, który miał być bezpieczny.
 

Ten komiks sprawi, że rozboli was brzuch. Że w pewnym momencie będziecie chcieli podrzeć następną kartkę. Ale jednak ją przewrócicie. Przemówią za tym piękne rysunki.  

Pantera nie jest dosłowna. Sedno ukryte jest tu w obrazach. To komiks wwiercający się w głowę, daleki od schematów i podejmujący trudny temat w nieprzeciętny sposób. 

Bolesny i bezlitosny. 
"Pantera". Autor: Brecht Evens. Tłumaczenie: Agnieszka Bienias. Wydawca: timof comics, Warszawa 2018.

niedziela, 1 kwietnia 2018

Wehikuł czasu i inne opowieści - Andrzejewski

To coś dla tych, którzy lubią historię komiksu, którym przyjemność sprawia obserwowanie tego, w jaki sposób twórcy na przestrzeni lat podchodzili do możliwości i ograniczeń medium, a wreszcie tym, którzy potrafią przymknąć oko na pewne niedociągnięcia i docenić geniusz. Tym geniuszem jest Waldemar Andrzejewski, a komiksem - Wehikuł czasu i inne opowieści.  
Andrzejewski to zmarły w 1993 roku znakomity polski twórca ilustracji do książek i plakatów oraz laureat wielu międzynarodowych konkursów. Swój epizod związany z komiksem zawdzięcza znajomości z Philippe Druilletem, którego wpływ widać zresztą w jego pracach. Album zbiera wszystkie znane komiksy autora. Są to: Wojna światów i Wehikuł czasu, pierwotnie opublikowane w magazynie Alfa, Tam gdzie słońce zachodzi seledynowo z Relaxu oraz – uwaga! – dwie historie, które nigdy dotąd nie zostały zaprezentowane czytelnikom, a które to zostały szczęśliwie odkryte w 2015 roku: Kapitan Nemo i Hasło: Słomot.  
Scenariusze w tych komiksach są archaiczne i przegadane, ale plansze skomponowane są w sposób znakomity, a panowanie nad kreską w takim na przykład Kapitanie Nemo – mistrzowskie. Andrzejewski pięknie tworzy sobie przestrzeń do opowiadania obrazem, budując ją niestandardowymi kadrami. Album został wzbogacony szkicami, ilustracjami i projektami autora oraz tekstem, przybliżającym jego twórczość.  
Publikacja została opracowana w sposób nawiązujący do ukazujących się od niedawna zbiorczych antologii komiksów z magazynu Relax. Przyznam, że nie wzgardziłbym kolejnymi tego rodzaju inicjatywami – na przykład zbiorczym wydaniem komiksów Jerzego Wróblewskiego. Ale cieszmy się z tego, co mamy. Wehikuł czasu i inne opowieści Waldemara Andrzejewskiego to zdecydowanie jedno z najważniejszych wydarzeń komiksowych tego roku. 
Klasyka polskiego komiksu: "Wehikuł czasu i inne opowieści". Autor: Waldemar Andrzejewski. Wydawca: Egmont Polska, Warszawa 2018.